Słuchawki (niemal) idealne
Słuchawki to sprzęt codziennego użytku, bez którego ciężko funkcjonować. Przynajmniej mi. Przede wszystkim ze względu na ludzi i hałas, który generują. Wrodzona mizofonia i rozwinięta mizoginia to w moim przypadku kombinacja powodująca, że jakiekolwiek zgromadzenie ludzi, w liczbie większej niż trzy osoby, zaczyna mi działać na nerwy. Dosłownie i w przenośni.
W przenośni, gdyż dźwięki paszczowe, które z siebie wydają zazwyczaj są tak ubogie w treści wartościowe, że bardziej przypominają konwersacje między wiatrem, a jaskinią. Dosłownie, gdyż natłok tego szumu powoduje przeładowanie mojego układu nerwowego - dosłownie zapycha mi się magistrala przetwarzania informacji, kiedy ma do jednoczesnego przeanalizowania dziesiątki i setki różnych sygnałów fonicznych. Jest to swego rodzaju akustyczny DDoS.
Toteż, jako się rzekło (no, bardziej napisało...), słuchawki to absolutnie kluczowy element smoczego EDC (every day carry, lub - jak ktoś zgrabnie z angielskiego przetłumaczył na polski - ekwipunek dźwigany codziennie). Pozostaje pytanie - "które?", a nawet - "jakie?".
Na przestrzeni lat wypróbowałem dosłownie dziesiątki modeli. I każdy ma swoje wady. Czy to w kwestii połączenia, czy w kwestii designu, czy w kwestii wykonania, czy wreszcie w kwestii używania. Ale... Po kolei.
Połączenie
Najbardziej archaiczną formą słuchawek w kwestii połączenia jest oczywiście kabelek i wtyczka na jego końcu. Jack, minijack, czy inne jakieś microjacki. Zaletą jest ponoć lepsza jakość dźwięku. Nie zamierzam rozwijać się nad zmanierowanymi opiniami audiozje...filów, że jak kabel to tylko ze stopu złota, platyny i tytanu, a jak owijka to tylko z wydzieliny chińskich jedwabników, bo dźwięk nabiera wtedy niespotykanej barwy i głębi. Czy tak jest, czy nie, pozostawiam na boku, bo z mojej perspektywy liczy się jedno - czy trzeszczy? Kabel może być pobłogosławiony przez samego papieża, owijkę może mieć z muślinu utkanego z włosów łonowych albinoskich dziewic z Elfiego Gaju, a sam przewód wykonany z mithrillu wymieszanego w równych proporcjach z adamantium - jeśli trzeszczy to jest do bani i tyle.
Minusem kabelka jest kabelek. W sensie fizycznie jego obecność. Po pierwsze - czerpie to cholerstwo jakąś chorobliwą satysfakcję, nieprzypisywalną zwykle przedmiotom nieożywionym, z tego, że zaczepia się o wszystko - o ręce, o zamki, o klamki... A nic tak pozytywnie nie usposabia do świata jak nagłe zatrzymanie w miejscu i niespodziewane szarpnięcie czerepu przez słuchawki, którym kabel się ostał na gałce zamykanych drzwi. Niby można nosić kabel pod bluzą, nawet pod koszulą, ale po pierwsze - nie jestem szpiegiem z krainy Deszczowców, ani nie jestem tajnym agentem, żeby kabel pod ciuchami nosić; a po drugie - wpienia mnie dotyk kabla na ciele. Nie i wuj! A zatem pozostała opcja bezprzewodowa.
Tu oczywiście zaraz się odezwą wspomniani już audiomaniacy, że Bluetooth to zło, że jakość koszmarna, że to i tamto. Ale jako się rzekło - w burym dupiu mam czy jakoś jest o dwa hektosnoby gorsza od kabla, w tym wypadku (w moim pzypadku!) decyduje wygoda.
Rodzaj
Długi, naprawdę długi czas musiałem się bujać ze słuchawkami nausznymi. Najpierw z najlepszymi - gąbkami, jak ze starego walkmana. Tymi, które przypominały gąbkę do naczyń i tymi, które bardziej kwalifikowały się jako czyścik do mordy. Na pałąku z płaskiej blaszki. Leżały na uszach całkiem zacnie, dociskały się znośnie. Fajnie było, ale na kablu.
Potem znalazłem trochę słuchawek dookoła usznych, w których małżowiny wciskały się do wnętrza większej lub mniejszej miski z plastiku, w którym tkwił głośnik otoczon przez tworzywo sztuczne i to sztuczne w najbardziej niekomfortowo sensoryczny sposób, jaki to tylko możliwe. W cieplejsze dni, po kilku godzinach noszenia słuchawki dosłownie się ślizgają od potu. NIE! Czemu oni, ci wszyscy producenci, nie wpeklują na obicie gąbki? tylko to skóropodobne gówno? Ech...
Zostają więc słuchawki kostne i douszne. Te przenoszące dźwięki przez wibracje i potem przez kości czaszki można sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi. Przede wszystkim dlatego, że ich design z góry zakłada, że uchem muszę słuchać wszystkiego co jest dookoła. A nie taki jest cel moich słuchawek!
Douszne... Ileż to ja się naszukałem dobrych. Przede wszystkim, z jakiegoś powodu, część słuchawek ma tak debilnie dobrane rozmiary tych silikonowych nakładek, że albo te cholerniki są tak małe, że non-stop wypadają, albo są tak duże, że nie idzie ich w kanał wcisnąć.
AirPodsy od Apple'a to w ogóle porażka, bo one żadnych silikonów nie mają. A ich kształt sprawia, że z moich uszu po prostu spadają w cholerę. I nikt, NIKT, mi nie wmówimy, że to nie jest ich celowy zabieg. To jest jak najbardziej celowy zabieg! Żebyśmy gubili to badziewie i kupowali nowe.
AirPods Pro czy tam plus, czy jak one się ostatecznie wabią, są lepsze. Po pierwsze - mają silikony. Ilość wypadnięć przy jakimkolwiek ruchu głowy zmniejsza się znacząco. Ale... nie całkowicie. Bo chociaż mają one silikonowe nakładki, to przez swój design - nie mogę ich porządnie do ucha wcisnąć. Przez co, nosząc je, jestem w nieustannym stresie - czy już wypada, czy jeszcze nie? I poszłyby w cholerę, gdyby nie absolutnie genialny standard aktywnego wyciszenia hałasu. Żadne inne douszne, które wyprobowałem w codziennym noszeniu, nie oferowały tak dobrego wyciszenia. To klasa sama w sobie. JBL niech się schowa, Shneisser niech nawet się nie podnosi, Manty, Panasonicy, Phillipsy - nic. I gdyby nie ten stres z wypadaniem i nieustannym uczuciem, że nie siedzą dostatecznie głęboko to byłyby moim pierwszym i pewnie jedynym wyborem.
Po pewnym czasie szlag mnie jednak trafił i pozbyłem się ich. Dość przypadkowo natrafiłem wtedy na Sony WF-C500. I to były słuchawki naprawdę super. Po pierwsze - miały nakładki dokładnie pod moje uszy. Nie wiem czy to kwestia ciut innych fabrycznych parametrów, czy moje subiektywne odczucie - ale nosiło się je ekstra. Po drugie - miały fizyczne guziczki! Nie żadne tam dotykowo-pojemnościowe gówno (a w zasadzie wszystkie słuchawki mają takie sterowanie z defaulta). Pudełeczko-ładowareczka ma przyjemny, pigułowaty kształt. Serio - miło się to w dłoni trzyma, szczególnie gdy dłoń jest w kieszeni bluzy. Obłości są na tyle dobrze dobrane, że spacerowanie z nim nie drażni, a nawet jest w pewien sposób terapeutyczne. Ich jedynym mankamentem jest brak aktywnego wyciszenia. Co prawda są pasywnie dopasowane naprawdę dobrze (jak już napisałem - silikony dobrze w uszy wchodzą), ale aktywnego kontrowania dźwięków otoczenia było w nich brak.
Po kilkunastu miesiącach użytkowania, trafiłem na model WF-C700. Czyli trochę większe z aktywnym wyciszeniem. Ucieszyłem się jak autochton afrykański w dziewiętnastym wieku z blaszki. Kupiłem z miejsca. I jakieś było moje rozczarowanie! Wyciszenie co prawda działało, ale... Nie tak dobrze jak w przypadku apple'owego. To można byłoby wybaczyć, gdyby nie to cholerne klikanie. Jakie cholerne klikanie? Otóż to cholerne klikanie, które powstaje, kiedy pod wpływem ruchów żuchwy i wewnętrznej motoryki kości czaszki. Każda nawet najmniejsza zmiana ciśnienia przy włączonym aktywnym wyciszeniu, powodowało, ż w słuchawkach pojawiał się "klik". Jakby mikrofon zbierający dźwięki miał mikrolaga w odbiorze.
Nie wiem czy to wina mojego ucha, czy to wina producenta, czy to wina konkretnego egzemplarza. Nie chce mi się tego analizować za dłuo Wiem natomiast, że tałatastwo to poszło się gwizdać. W uszach leżały dobrze, jak poprzedniczki. Ale to klikanie... AAAARGH! Nie.
Kiedy wróciłem do WF-C500 (jakieś cztery miesiące) okazało się, że słuchawki się nie ładują w pudełku. Znowu - nie wiem czy to wina pudełka, czy słuchawek. Więc pokonały mnie wady techniczne w temacie WF-C500/C700. Choć, subiektywnie, te WF-C500 były najbliższe ideałowi. Gdyby tylko do nich dołożono aktywne wyciszenie porównywaln z tym z Apple'a.
Tak minęło sobie kilkanaście par różnych earbudsów z firm no-name'owych, z supermarketów, z marketów wyspecjalizowanych, aż - znowu, w sposób całkowicie nieoczekiwany i dość przypadkowy nabyłem kilka dni temu Sony WF-C510.
Możliwe, że to właśnie połączenie, o które mi chodziło. Słuchawki świetnie leżą w uszach, mają fizyczne guziki, przyjemnego case'a oraz... nieklikające, nietrzeszczące aktywne wyciszenie.
Dlaczego zatem napisałem - "niemal" w tytule? A, bo byłoby super, gdyby do tych wszystkich zalet dodano jeszcze możliwość sterowania głośnością... Smokowi nie dogodzisz. Na szczęście to na tyle nieduża niewygoda, że puszczam ją całkowicie mimo uszu. Może kiedyś, coś w rodzaju modelu WF-C569 będzie ją posiadał. Tymczasem - hail Sony WF-C510! :D